Cześć! Właśnie stworzyłem nowy fanpejdż bloga na FB. Wiesz, czym sprawisz mi przyjemność, prawda?! ;)

Kong: Wyspa Czaszki

„Kong: Skull Island” (2017) | Reżyseria: Jordan Vogt-Roberts

__________
WERSJA DO CZYTANIA:

Oto nadeszła wiekopomna chwila. Nie, nie chodzi o to, że nadrabiam zaległości na YouTube’owym kanale, ale o moment, w którym Warner Bros. może pochwalić się powstającym z kolan filmowym uniwersum – i bynajmniej nie myślę w tym momencie o świecie superbohaterów DC. Jesteśmy właśnie świadkami narodzin monsterverse – jeżeli Warner Bros. i Legendary oprzytomnieją i nie popsują tego, co dała im „Godzilla” oraz „King Kong”, to za kilka lat, ten potworny świat będzie kopalnią pieniędzy na miarę MCU.DALEJ

Czasem po prostu nie wychodzi!

Poniedziałek, 20 marca, 9:14. Mógłbym się zalogować do panelu mojego bloga i uzupełnić brakujące wpisy z ostatniego tygodnia. Doszedłem jednak do wniosku, że tego nie zrobię. Gdybym usiadł teraz do uporządkowania notatek, które sporządziłem w ciągu ostatnich kilku dni, spędziłbym nad tym kilka godzin – moja seria trwałaby nadal, ale oszukałbym tym aktem samego siebie już trzeci raz w tym miesiącu, a nie o to tu chodzi.

Jak to się teraz mówi – nie ogarnąłem tematu.DALEJ

Mam to na celowniku #3

Każdego dnia studia filmowe grillują mój poziom ekscytacji kolejnymi tytułami – oto zaledwie trzy pozycje (film i dwa seriale), które dopisuję do kalendarza – i dobrze Ci radzę, zrób to samo! Czuję, że to tytuły warte nie tylko mojej uwagi. Spokojnie, w przygotowaniu mam już kolejne zestawienie, to napisałem na kolanie, bo nie miałem innego tematu na dzisiaj. :PDALEJ

Ewolucja poprzez rewolucję

Świat widział już nie jedną rewolucję: październikową, przemysłową, czy seksualną! Każda była inna; każda wprowadzała nowy ład w formie gwałtownego przewrotu zastanych reguł i zasad. I tak sobie myślę, co by się stało gdyby zafundować sobie taką rewolucję w życiu.

Na co dzień funkcjonujemy według ściśle utartych schematów, które często sami sobie narzucamy – te same rytuały przy śniadaniu, powtarzalne obyczaje w pracy, cykliczne przyjemności i uporządkowane codzienne ceremoniały.DALEJ

Czysta karta

Siadam przed białym, niezapisanym jeszcze, ekranem. To mój substytut czystej kartki papieru. Zapomniałem już, że takie coś jak notatniki, kalendarze, arkusze papieru w ogóle istnieją. Kiedyś lubiłem gryzmolić po zwykłym papierze formatu A4. Zapisane i zabazgrane kartki dziurkowałem niestarannie i wpinałem do segregatora lub zwyczajnie związywałem sznurkiem.

Dzisiaj, nie potrafię już pracować z papierem. Do notowania potrzebuję ekranu komputera, tabletu i telefonu. Bazgrolić przestałem całkowicie. To jedyne, czego w tym akcie mi brakuje. Może faktycznie praca z nowoczesnymi narzędziami obdziera pisanie z pewnego mistycyzmu, ale z pewnością ma jedną niezaprzeczalną zaletę! Nie generuję stosów kurzącej się makulatury…

I tak, chcąc nie chcąc, staję po stronie przeciwników konserwatywnego obcowania z notatnikami – odrzucam długopis, papierzyska, własny charakter pisma, na rzecz czystej karty w internetowej przeglądarce. Unicestwiam swoją unikalność zamkniętą w ręcznie zapisanych słowach na rzecz wygody! Nie potrafię się temu oprzeć – tradycyjny notatnik zdaje mi się być niczym więcej jak archaicznym i niepotrzebnym przedmiotem zawadzającym na półce!

Mniej inteligentny, czyli głupszy

Kilka dni temu, Szanowny Pan Janusz podczas swojego wystąpienia powiedział, że kobiety są mniejsze, słabsze i mniej inteligentne, co podobno potwierdzają naukowe badania, w związku z tym „muszą” zarabiać mniej. Cóż, ubolewam, że w przestrzeni publicznej nadal jest miejsce dla osób, jak Szanowny Pan Janusz, które dyskryminują innych ze względu na płeć, rasę, czy religię…

Jestem zwolennikiem całkowitej wolności słowa – pozwólmy wypowiadać się Szanownemu Panu Januszowi zgodnie z jego przekonaniami. Niech głosi swoje zaściankowe, średniowieczne i spróchniałe poglądy. Nie próbujmy go zakrzyczeć. Mówmy po prostu jak jest, a podobnych do Szanownego Pana Janusza, gaśmy jak Piers Morgan.DALEJ

Wybity z rytmu

Niespodziewanie przedłużył mi się pobyt w Bydgoszczy. Kompletnie wybiło mnie to z rytmu. Nie powiem, udało się spożytkować trochę czasu na wiosenne porządki, ale to były działania „bezmyślne”. A co z dziennikiem? A no nic. Nie wiem, co napisać, więc siadam i porządkuję notatki – przeglądam nieopublikowane teksty z minionego tygodnia, oglądam ujęcia nagrane z myślą o vlogu i nie wiem, czy da się coś z tego posklejać, przeglądam listę popkulturalnych zaległości, planuję… ;)

Pierwszy raz w tym roku, sam nie wiem, za co się zabrać!

Bądź najlepszą wersją siebie

Kilka dni temu przytrafiło mi się przerwanie serii w dzienniku. Postanowiłem go prowadzić dalej. Tym bardziej, że notatki robię na bieżąco, po prostu nie mam zwyczaju wrzucać ich do sieci na gorąco. Muszą odleżeć przynajmniej kilka godzin i wtedy mogę do nich wrócić, dostawić tu i ówdzie przecinek, skasować niepotrzebne partie tekstu, a i tak nigdy nie jestem z nich w stu procentach zadowolony.

Nie chodzi jednak o to, żeby tryskać dumą, z jakichś tam, całkiem zwyczajnych notek na blogu – po pierwsze, nie ma rzeczy doskonałych; po drugie, w niedoskonałościach urok; po trzecie, to właśnie wady mobilizują do działania i nauki, przynajmniej mnie.

Nigdy nie jestem zadowolony nie tylko ze swoich tekstów, czy filmów, ale generalnie z samego siebie. Też tak masz?

Powiedzieć sobie, że masz być najlepszą wersją siebie, zalatuje trochę coachingowym crapem. W sumie lubię takie gadanie, ale jestem świadom, że nie wszystko da się załatwić motywacyjną gadką z internetu, czy poradnika o tym jak osiągnąć sukces w osiem tygodni. Wręcz przeciwnie, uważam, że większość rzeczy opowiedziana w tego typu źródłach nie zadziała. Każdy z nas jest inny i na każdego oddziałują inne czynniki. Da się jednak wyciągnąć z tego jedną ważną rzecz, zawartą w tytułowej sentencji…

Bądź sam dla siebie trenerem, konkurencją i celem. Nikt nie rozumie Cię, i nie zna Twoich potrzeb, lepiej, niż Ty sam. Próbuj, kombinuj, poprawiaj siebie. Zadawaj sobie pytania. Próbuj na nie odpowiedzieć. Staraj się bardziej. Nie poddawaj się. Owszem, słuchaj też innych, ale przede wszystkim pamiętaj, że Ty, i nikt więcej, bierzesz odpowiedzialność za podjęte działanie. Jeżeli nic z tym nie zrobisz, możesz mieć pretensje tylko do siebie.

Bądź najlepszą wersją siebie…

Pokój

„Room” (2015) | Reżyseria: Lenny Abrahamson

Zacznę może od tego, że „Pokój”, to film, o którym można pisać i rozmawiać długo. Potężne pole do dyskusji na temat realizacji, interpretacji historii, gry aktorskiej, właściwie każdego aspektu sztuki filmowej. Uhonorowanie dzieła Lennego Abrahamsona, i nie boję się tutaj użyć słowa „dzieło”, nagrodami za pierwszoplanową rolę Brie Larson, to jednak chyba trochę zbyt mało jak na jego potencjał.DALEJ

Pakt z diabłem

„Black Mass” (2015) | Reżyseria: Scott Cooper

Lubię filmy, w których trup sciele się gęsto. Przywołuje to w mojej pamięci kino akcji lat 80-tych, i czasy w których twórcy kryminałów nie przebierali w środkach odstrzeliwując kolejne postacie. W „Pakcie z diabłem”, odbywa się to głównie za sprawą głównego bohatera, który w większości przypadków bierze sprawy w swoje ręce – dosłownie i w przenośni!DALEJ

Serce, czy rozum?

Z pełnym podziwem patrzę na ludzi, którzy kierują się w życiu jedynie sercem, albo tylko i wyłącznie rozumem. Ci pierwsi poświęcają się pasji – nurkują, wspinają się, podróżują, fotografują, gotują. Drudzy – zostają lekarzami, prawnikami, inżynierami, budowlańcami. Takie pełne oddanie się jednej z tych dróg skutkuje dreptaniem przez życie konkretną ścieżką. Mimo wszystko dosyć przewidywalną, chyba, ale myślę, że przy pewnej dozie pewności siebie, musi dawać sporo satysfakcji.

Ja nie potrafiłbym w pełni poddać się jednemu z wymienionych. Czułbym się stłamszony przez połowę mnie samego – szukając balansu pomiędzy tym, co dyktuje serce i rozum, zdaję się znajdować równowagę w życiu. Nie podpalam się zbyt często porywami serca, ale staram się też nie być nieustannie gaszonym przez własny rozum. Łapię się jednak na tym, że w takim balansowaniu chowa się również konkretne zagrożenie – wewnętrzne rozdarcie.

Przegrałeś, kolego

Umówmy się na chwilę, że to czwartkowa noc. Moment, który powinien być końcem tej zabawy. W rzeczywistości jest poniedziałek, ale to nic! ;)

Układając wyzwanie związane z dziennikiem, decydowałem się na robienie (jak sama nazwa wskazuje) codziennych notatek i właśnie dzisiaj, zaledwie po dwóch miesiącach, tak się organizowałem przez cały dzień, że nie zostawiłem sobie nawet 15 wolnych minut, by zadbać o kolejny wpis. Doba zdążyła się skończyć.

Przegrałem. Koniec gry. Czas posprzątać i ruszyć dalej… Myślę sobie jednak, że to czas na zmianę zasad w trakcie rozgrywki. OK, miało być murowane trzymanie się reguły „przerywasz, to przegrywasz”, ale ja wcale nie chcę kończyć tego wyzwania. Resetuję licznik i cisnę dalej…

Każdy z nas czasem się potknie i zgubi rytm. Najgorsze, a zarazem najprostsze, co można w takiej chwili zrobić, to odpuścić…

Dyktafon

Szukam ostatnio sposobu na utrwalanie pomysłów. Oczywiście, robienie notatek, to najlepszy sposób na gromadzenie potencjalnie ulotnych myśli. Od dłuższego czasu jestem zaprzyjaźniony z OneNotem, ale i Evernote nie był mi nigdy obcy. Mają one jednak jedną podstawową wadę – nie zawsze mam dostęp, albo możliwość, zapisania danej koncepcji. Z dyktowaniem swoich przemyśleń aplikacji, również bywa różnie, poza tym trzeba pamiętać, o tym, żeby mówić w bardzo sformalizowany i nienaturalny sposób. Powtarzanie sobie w myślach – pamiętaj, żeby to zapisać, ze wszystkich znanych mi narzędzi działa najgorzej. Co robić, jak żyć? Zacząłem się ostatnio wspomagać dyktafonem.

Nie jest to idealne rozwiązanie, bo jak tu gadać do mikrofonu o drugiej w nocy, kiedy zwyczajowo mam pełną głowę planów? albo w galerii pełnej ludzi?

Często zasypiam z przepełnioną myślami łepetyną, a budzę się już z kompletnie pustą. To zbawcza moc resetu. Jednak dopiero w momencie, w który zobaczyłem jak wiele notatek głosowych udało mi się zapisać, doceniłem to rozwiązanie i dopiero teraz zapragnąłem, czegoś na odrobinę wyższym poziomie aniżeli natywna aplikacja dostępna w iPhone.

Do napisania,
Maciej

Niechęć

Po długiej i emocjonującej gali oscarowej…

Mógłbym nagrać vloga z moim komentarzem dotyczącym „Moonlight”. Opublikować kolejną notatkę z tym co w tym tygodniu przeczytałem. Spróbować oczyścić kanały RSS, albo pójść na basen. Może chwycić za jakiś kurs? Ewentualnie ugotować coś smacznego, a potem uporządkować zdjęcia z grudniowych wakacji w Meksyku. Czy też zacząć czytać kolejny tom „Walking Dead” i może znaleźć również trochę czasu na lekturę „Z zimną krwią”, które niebawem musi wrócić do biblioteki. Nie mówiąc już o tym, że mógłbym pobiec do kina, obejrzeć zaległe premiery. Po prostu wstać, spiąć się i zrobić tyle, ile dam rady!

Mógłbym, ale mi się nie chce. Teraz, po prostu przyszedł czas na niechęć – nie mam zamiaru się tłumaczyć przed samym sobą. W mojej głowie pojawia się w związku z tym następujące pytanie – czy ja zawsze muszę dać łapać się na układ zerojedynkowy. Czy życie musi składać się z dwóch wykluczających się stanów? No pewnie, że nie! I z czystym sumieniem, powtarzam sobie, że mi się nie chce…

Dziękuję Bogu, Akademii i mojej Mamie, która piecze ciasta z zakalcami…

Zarwałem noc, by oglądać rozdanie Oscarów. Jak co roku. Twardo! Rozdarty w tym roku pomiędzy dwa światy – TV i internet. Komentarze w obu kanałach jeżyły mi włos na głowie. Przyjąłem rolę cichego obserwatora i tak sobie notowałem…

Jimmy Kimmel, którego lubię, od samego początku walił takie suchary, że szkoda o tym gadać, natomiast słusznie zauważył, że to rok w którym Hollywood zapomniało o podziałach rasowych – w kinie czarni uratowali NASA, a biali jazz. A potem już dałem się ponieść samej gali…DALEJ

Moi oscarowi faworyci

Ostatnią prostą przed galą w Dolby Theatre wykorzystałem na nagranie vloga z przewidywaniami i nadziejami związanymi z rozdaniem nagród w 2017 roku. Kto dostanie Oscara, a kto nie? Tego nie wiem! Wymieniam za to filmy, które według mnie mogłyby wygrać w poszczególnych kategoriach. :)

Milczenie

„Silence” (2016) | Reżyseria: Martin Scorsese

Kiedy pojawił się pierwszy zwiastun „Milczenia”, trudno mi było pohamować ogólny zachwyt. Seans projektu „życia” Martina Scorsese miał być wyjątkowym doświadczeniem. Prace preprodukcyjne do swojego najnowszego filmu, reżyser prowadził przez blisko ćwierć wieku. Można było spodziewać się, że w jego głowie tkwi krystaliczna wizja męczeńskiej historii kilku katolickich księży krzewiących wiarę w XVII-wiecznej Japonii. Wizja może była nieskazitelnie interesująca, ale efekt końcowy okazał się być jednym wielkim cierpieniem – udręczeni są bohaterowie, ale jeszcze bardziej udręczony jest widz. Film dla kinowych masochistów.DALEJ

Ciemniejsza strona Grey’a

„Fifty Shades Darker” | 2017 | Reżyseria: James Foley

Tak bełkotliwy blog mógł powstać, tylko po seansie takiego „arcydzieła” kinematografii. Jedno istotne sprostowanie – we wrażeniach wspominam o tym, że jedynym atutem filmu są zdjęcia Seattle. Otóż miejsce akcji filmu, istotnie zostało osadzone w Seattle, ale filmowo to amerykańskie miasto udaje kanadyjskie Vancouver i jego okolice. Taki psikus!

We Are Your Friends

2015 | Reżyseria: Max Joseph

Film Maxa Josepha, to bardziej mariaż videoklipu z fabularyzowanym vlogiem, aniżeli sztuka filmowa. Jego stylistyka opiera się na operowaniu obrazem w bardzo charakterystyczny dla młodych twórców sposób – zupełnie jakby z Henrym Joostem i Arielem Schulmanem, twórcami „Nerve”, byli jedną paczką. Co właściwie jest całkiem prawdopodobne, ale nie będę drążył tematu. Nie będę się również silił na porównywanie obu filmów, bo „Nerve” jest po prostu bardziej emocjonujące i lepiej zagrane od „We Are Your Friends”.DALEJ

Ultimatum

W bieżącym roku staram się mobilizować do zadań, które dotychczas błądziły gdzieś po mojej głowie, a ja nie bardzo umiałem, albo nie chciałem, skierować ich w konkretnym kierunku.

Stąd wziął się pomysł na powrót do codziennego publikowania notatek i, co okazało się zdecydowanie większym wyzwaniem, rozpoczęcie przygody z vlogowaniem. Chociaż jeszcze nie nadgoniłem zaległości z ostatnich tygodni, to przyszedł moment, w którym trzeba nadać sprawom konkretnego tempa…

Pisałem już o tym kiedyś. Przez bardzo długi czas, naprawdę nie zależało mi na tym miejscu – owszem zapisywałem co nieco, mniej lub bardziej regularnie. Zmieniałem wygląd strony. Kombinowałem z nazwami, itp. itd. Robiłem to tylko i wyłącznie dla siebie i różnicy pomiędzy wkładaniem tych wszystkich tekstów do szuflady, a publikowaniem ich w internecie, nie było żadnej.

Nie dbałem o swoją markę, niespecjalnie śledziłem statystyki, chociaż za każdym razem kiedy odwiedzałem Google Analytics ogarniało mnie duże rozczarowanie. Nie zależało mi również na tym, żeby ktokolwiek się moim wypocinami interesował, a tym bardziej, w jakiś szczególny sposób to docenił.DALEJ

Zjednoczone stany miłości

2015 | Reżyseria: Tomasz Wasilewski

Muszę się trochę zmuszać do tej notatki. No, ale nie mam tematu zastępczego! „Zjednoczone stany miłości” dorobiły się sporo nominacji i nagród filmowych. Czytałem też wiele słów zachwytu nad wyjątkowością tego obrazu. Ja odbieram ten film z umiarkowanym dystansem i chłodem. Doceniam trud włożony w wykreowanie peerelowskiej rzeczywistości i twórczego łączenia wielu, pozornie, niepasujących do siebie wątków, ale to by było na tyle.DALEJ

Split

(2016) | Reżyseria: M. Night Shyamalan

Nie jestem zadowolony z tego co M. Night Shyamalan zaprezentował w swoim najnowszym filmie i całkowicie nie rozumiem tak zmasowanego zachwytu nad tą produkcją!

Mam to na celowniku #2

Proszę, serwuję kolejne tematy, które przykuły moją uwagę w tym tygodniu! :)DALEJ

Riverdale

Nikt chyba, no może poza samymi twórcami, nie spodziewał się, że „Riverdale” będzie aż takim hitem. Serial od CBS, Warner Bros. i Archie Comics to świeży miks teen dramy z interesującym kryminałem, który w dodatku jest zrealizowany w bardzo nowoczesny sposób! Zbiera pozytywne recenzje, zarówno wśród internautów jak i krytyków.DALEJ

Łowca czarownic

„The Last Witch Hunter” (2015) | Reżyseria: Breck Eisner

Jeżeli ktokolwiek powie Ci, że ten film czymś się broni – zaprawdę powiadam Ci, nie ufaj temu człowiekowi. Osobiście, zaciekawił mnie koncept połączenia Blade’a z Constantinem w widowiskowej, wielowiekowej walce „przeklętego” z siłą nieczystą! Szkoda, że skończyło się tylko i wyłącznie na dobrym pomyśle. [Proszę wybacz mi wulgarny język pojawiający się w dalszej części tego wpisu].DALEJ

Monster Trucks

(2016) | Reżyseria: Chris Wedge

Proszę, w kolejnym vlogu opowiadam o wrażeniach po seansie „Monster Trucks”. :) DALEJ

Nie robię nic!

Dzisiaj, powinna wpaść tu kolejna videorecenzja, ale stwierdziłem, że nic się nie stanie, jeżeli odłożę to do jutra.
Czasem wydaje mi się, że mam w życiu bardzo dużo czasu. Szczególnie teraz, kiedy jestem w sile wieku i pracuję z domu. A jednak przychodzą czasem takie dni, że… (Nie ważne).DALEJ

Walentynki

Z reguły, staram się unikać takich tematów. Co prawda nie mam nic szczególnego do powiedzenia, ale obecność wszelkiego rodzaju elementów związanych ze świętem zakochanych jest co najmniej zauważalna. No nie da się przejść obojętnie, nawet jak się bardzo chce. Nie można nie powiedzieć nic?! W tym roku uderzyło mnie jednak to, że nie zetknąłem się ze zdaniem typu „głupie i nikomu niepotrzebne, amerykańskie święto”, którego przez lata byłem oponentem. Gdzie się nie obejrzałem, ciepłe słowa. Ludzie łączą się w pary! Mój Facebook na chwilę wypełnił się serduszkami, buziaczkami, słitfociami i zrobiło się tak fajnie. Na tyle fajnie, że teraz mogę wykręcić się kolejną bezwartościową notatką, bo znów kompletnie się nie przygotowałem. Sorry! ;)

Do napisania,
Maciej

Walking Dead po półmetku siódmego sezonu

Generalnie, „Walking Dead” znalazło się pod ostrym ostrzałem fanów i krytyki po pierwszej połowie sezonu najnowszego sezonu. Ciekawy jestem, jak sprawy będą się miały w kwietniu, kiedy to zakończymy ten etap przygody. Czy faktycznie ton serialu zmieni się aż tak bardzo, jak obiecują twórcy, i nagle wszyscy krytykujący zmienią zdanie?DALEJ

Seven to Eternity

Zanim pierwszy zeszyt „Seven to Eternity” wpadł w moje lepkie rączki, naczytałem się sporo słów zachwytu nad nową serią od Ricka Remendera i Jerome’a Opeña’i. Panowie stworzyli w tym przypadku całkowicie autorski świat fantasy, pozbawiony naukowych elementów i racjonalnych mechanizmów znanych nie tylko z rzeczywistości w jakiej przyszło nam żyć, ale również innych wytworów kultury. To także wizja daleka od superbohaterskich komiksowych etiud z Marvela, czy DC. Mamy tu do czynienia, z uniwersum pełnym czarów, dziwnych stworzeń, wszechobecnej ezoteryki, osadzonym na absolutnie obcej nam planecie, choć z jakichś powodów, pełnej ludzi.

Nie poczułem się przez tą historię porwany od samego początku. Remender rozpoczyna historię raczej smętnie i sztampowo. Jeżeli już miałbym pisać listy pochwalne na jego cześć, to za komiks „Tokyo Ghost”, o którym może jeszcze kiedyś napiszę. W tym przypadku siła komiksu tkwi głównie w jego wizualnej stronie. Jerome Opeña wraz z kolorystą Mattem Hollingsworthem stworzyli coś, na co będę się gapił długimi godzinami. Może kiedyś wciągnę się w historię, może porwie mnie ta przygoda, ale teraz, po prostu popatrzę sobie na tą eksplozję dziwactw! Do patrzenia – cudo. Do czytania – mehhh…