Księgowy

„The Accountant” (2016) | reż. Gavin O'Connor

„Księgowy” mógłby być świetnym filmem, tylko chwila, o czym właściwie opowiadał?! No właśnie, już wiesz, że mój podstawowy problem z tą produkcją, to brak charakteru! Kilka dni temu, pisałem, że jest to dla mnie element dyskwalifikujący film akcji z dość dużej i trudnej konkurencji w tym gatunku!DALEJ

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć

„Fantastic Beasts and Where to Find Them” (2016) | reż. David Yates

Zastanawiam się od czego by tu zacząć, bo wątków w „Fantstycznych zwierzętach„ jest tyle, że aż głowa może rozboleć. Może po prostu napiszę, że wyjątkowym fanem Harrego Pottera oraz fenomenu twórczości J.K. Rowling nigdy nie byłem. Owszem filmy oglądałem, niejednokrotnie z wypiekami na twarzy, ale w większości była to dla mnie raczej bezmyślna rozrywka, zamiast wywołujący uczucie zachwytu świat młodzieńczych fascynacji i pasji. Mój stosunek do „Fantastycznych zwierząt” był zatem bardzo neutralny, a zwiastuny i wiadomości sprzed premiery nie wywoływały kompletnie żadnych emocji. Ostatecznie z zadowoleniem przyznam, że doświadczyłem małego zaskoczenia…DALEJ

Jack Reacher: Nigdy nie wracaj

„Jack Reacher: Never Go Back” (2016) | reż. Edward Zwick

Główny bohater, tytułowy Jack Reacher, to gość od rozwiązywania problemów. Kiedy trzeba, działa w ukryciu, ale w razie konieczności zrzuci się ze złolem z drugiego piętra, potem ukręci mu łeb, a następnie wstanie, otrzepie się i pójdzie dalej. W porównaniu do poprzedniego filmu o podtytule „Jednym strzałem”, który bardziej przypominał niewyszukany kryminał, tym razem mamy do czynienia z niezbyt zajmującym akcyjniakiem. Może nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że już nie pamiętam o czy był ten film…DALEJ

Bridget Jones 3

„Bridget Jones's Baby” (2016) | reż. Sharon Maguire

Naprawdę nie sądziłem, że „Bridget Jones 3” znajdzie na mojej tegorocznej „top liście”. Czy to dowód na to, że ten film jest tak dobry i można jeszcze zrobić ciekawy sequel, czy może uwidacznia tegoroczną miernotę najbardziej popularnych tytułów?!DALEJ

Siedmiu wspaniałych

„The Magnificent Seven” (2016) | reż. Antoine Fuqua

Zastanawiam się, czy warto poświęcać czas „Siedmiu wspaniałym”, i czy warto w ogóle o nich pisać, ponieważ minęły już blisko dwa miesiące od momentu, w którym wybrałem się do kina. Nie miałem szczególnych oczekiwań w stosunku do tej produkcji. Zaskoczyła mnie za to frekwencja na sali kinowej i baty jakie film zbierał w recenzjach. Z jednej strony cieszący się tłum, z drugiej miażdżące zdanie krytyków. A co tam, poświęćmy temu tytułowi kilka chwil…DALEJ

Zwierzęta nocy

„Nocturnal Animals” (2016) | reż. Tom Ford

Film otwiera sekwencja wdzięczących się do obiektywu modelek. Bardzo specyficznych modelek. Jedyne co łączy ten obraz z fabułą tego filmu, to fakt, że okazuje się to być instalacja artystyczna na wernisażu głównej bohaterki. Od pierwszego ujęcia reżyser próbuje wpędzić widza w pewien stan zakłopotania i dyskomfortu – zabieg ten wzmaga niepewność, której doświadczałem podczas całego seansu. Fakt, szybko okazuje się, że to tylko chwyt, aczkolwiek bardzo zręczny.DALEJ

Nowy początek

„Arrival” (2016) | reż. Denis Villeneuve

Właściwie każdy film, który romansuje z twardą fantastyką automatycznie zyskuje w moich oczach i od razu próbuję taką twórczość wychwalać pod niebiosy. W głównym nurcie zdecydowanie brakuje ambitnych produkcji tego typu i często ze smutkiem trzeba przyjmować na klatę obrazy, w których obcy drążą wielką dziurę w Ziemi w celu zagłady ludzkiej cywilizacji! Poważne podejście do tematu wiedzie jednak na grząski teren – trudno w niespełna dwugodzinnym filmie skondensować tyle ciekawych fantastyczno-futurologicznych koncepcji.DALEJ

Osobliwy dom Pani Peregrine

„Miss Peregrine’s Home For Peculiar Children” (2016) | reż. Tim Burton

Natrafiłem na sporą ilość komentarzy w internecie mówiących, że „Osobliwy dom Pani Peregrine”, to dowód, że Tim Burton się skończył. Komentarze to mocno przesadzone, bo chociaż od lat Burton kręci filmy lepsze i gorsze, z przewagą tych gorszych, oraz mniej więcej po równo dzieli je na bajkowo-kolorowe i te bardziej umrocznione, to mimo wszystko jego najnowsza produkcja nie jest nawet początkiem jego końca. (Przynajmniej dla mnie)!DALEJ

Sekretne życie zwierzaków domowych

„The Secret Life of Pets” (2016) | reż. Chris Renaud, Yarrow Cheney

Universal, poza „Minionkami” jakoś niespecjalnie może pochwalić się animacją, która okazałaby się sukcesem. W tym rok zaatakowali widzów „Sekretnym życiem zwierzaków domowych” – do bólu przewidywalną i schematyczną historią spod znaku buddy movie!

W sumie nie miałbym nic przeciwko kolejnej tego typu produkcji, bo buddy movie, zawsze grają na różnicach charakterów postaci oraz ich perypetiach. Takie historie dobrze się ogląda, nawet kiedy twórcy sztywno trzymają się ram gatunku. DALEJ

Wołyń

(2016) | reż. Wojciech Smarzowski

Filmy takie jak „Wołyń” w naturalny sposób przyczyniają się do dyskusji na tematy historyczne, a często stają się wręcz elementem edukacji. Uważam, że powinniśmy się takich dyskusji wystrzegać, ale z drugiej strony, jeżeli ktoś tego potrzebuje?!

Według mnie filmy fabularne nigdy nie będą elementem nauki historii. Film ma nas zainteresować, zmusić do myślenia lub sięgnięcia po materiały naukowe, a także wzbudzić konkretne emocje. Nie powinien nas niczego uczyć! I pod tym względem „Wołyń” sprawdza się idealnie – opowiada zajmującą i mrożącą krew w żyłach historię. Należy go traktować jak legendę, zamiast poszukiwać w nim kartki z kalendarza oraz rozliczania narodowych zaszłości.DALEJ

San Andreas

(2015) | reż. Brad Peyton

Jeżeli ktokolwiek jest w stanie uratować świat, oczywiście oprócz Avangers, to jest to tylko Dwayne „The Rock” Johnson! Co prawda w „San Andreas” decyduje się uratować tylko żonę, córkę, dwóch angielskich chłopców i przypadkową czarnoskórą dziewczynę, ale co tam, gdyby tylko chciał, mógłby uratować wszystkich!DALEJ

Doktor Strange

„Doctor Strange” (2016) | reż. Scott Derrickson

Październik upłynął mi pod znakiem „Walking Dead” i walking deadline. Planowałem napisać wpis i o komiksie Roberta Kirkmana i mrożącym krew w żyłach otwarciu siódmego sezonu serialu produkowanego przez AMC, ale na razie odkładam to na inną okazję. Oprócz tego, zrobił się ładny filmowy stosik wstydu – mam zamiar nadrobić ile tylko się da. :) Zacznę od Doktora Dziwago – to najważniejszy tytuł tej jesieni. Przynajmniej dla geeków. Przynajmniej do połowy grudnia, kiedy to na ekrany kin trafi „Łotr I”. :) Przynajmniej dopóki na dobre nie rozkręcimy oskarowej karuzeli. Czy warto obejrzeć przygody kolejnego bohatera Marvela? Śpieszę z odpowiedzią.DALEJ

Kamienne pięści

„Hands of Stone” (2016) | reż. Jonathan Jakubowicz

„Creed” zawiesił dość wysoko poprzeczkę w kwestii nowego rozdziału w dramacie sportowym. Poza tym w zeszłym roku na ekrany trafiło „Do utraty sił” z Jake’iem Gyllenhaalem. „Kamienne pięści” to trzeci tytuł, który bierze na warsztat życie pięściarza. Przy czym, w tym konkretnym przypadku mamy do czynienia z historią opartą na prawdziwych wydarzeniach. Czy aby nie za dużo już tych filmów o boksie w tak krótkim czasie? Oczywiście, że nie – oto wrażenia z seansu wszystkich trzech. (W odwrotnej kolejności)!DALEJ

Morgan

(2016) | reż. Luke Scott

Film „Morgan” z budżetem 8 milionów dolarów, nie zarobił nic. Film „Ex Machina” z budżetem 15 milionów dolarów, odliczając koszty, zarobił przynajmniej tyle samo ile włożono w jego produkcję. Niech to będzie najlepsza ręcenzja dla „Morgan”! Debiut reżyserski Alexa Garlanda, twórcy „Ex Machiny”, to kino ambitne, które działa zarówno na emocje, jak i jest pożywką dla umysłu. Luke Scott i jego „Morgan”, to nieporozumienie, które nie porusza serca, ani nie zmusza do włączenia głowy!DALEJ

Smoleńsk

(2016) | reż. Antoni Krauze

Tak się złożyło, że Antoniego Krauzego kojarzę z tytułem „Czarny Czwartek”. To film, który wyreżyserował zanim zabrał się za „Smoleńsk”. Było to mniej więcej pięć lat temu i chociaż oglądałem wtedy podobną ilość filmów co obecnie, kina zbytnio nie kumałem. „Czarny Czwartek” uderzył mnie wtedy dokumentalizowaną konwencją oraz podjętym tematem. Dzisiaj widzę o wiele więcej wad w tym filmie, aczkolwiek nadal uważam go za przynajmniej niezły i zdecydowanie wyróżniający się wśród polskich produkcji. „Smoleńsk” dla odmiany nie trzyma nawet średniego poziomu. Drażni przede wszystkim nerwowy styl i potraktowanie tematu „po łebkach”.DALEJ

Ostatnia rodzina

(2016) | reż. Jan P. Matuszyński

„Ostatnia rodzina” była dla mnie pozycją obowiązkową ze względu na emocje jakie wywołała we mnie książka pt. „Beksińscy. Portret podwójny”. Chciałem przekonać się, czy film będzie równie potężny co rzeczywiste zdarzenia opisane na kartach książki. Od razu zaznaczę, że film ma sporo wad, nie jest obrazem idealnym i powinno się go raczej oceniać na chłodno. Hurra optymizm i okrzykiwanie debiutu Jana P. Matuszyńskiego arcydziełem jest odrobinę na wyrost, aczkolwiek przyznam, że mocne strony zdecydowanie przykrywają te słabe. Z pewnością jest jednym z najlepszych polskich filmów ostatnich lat, ale może gdybym nie oglądał go z perspektywy książki, byłbym jeszcze łaskawszy w swoich ocenach.DALEJ

Nerve

(2016) | reż. Henry Joost, Ariel Schulman

Gra „w prawdę lub wyzwanie, tyle że bez prawdy”, jest esencją tego filmu. A na pierwszym planie dwójka młodych i obiecujących ludzi, o znanych w Hollywood nazwiskach – Emma Roberts i Dave Franco.

Film ma wiele wad, ale skrzętnie je ukrywa odwracając uwagę widza, kolejnymi mrożącymi krew w żyłach, wyzwaniami. Choć akcja na początku filmu zwalnia i przyspiesza z regularnością sinusoidy, nie pozostawia wiele miejsca na przemyślenia. Później jest już wyzwanie za wyzwaniem. Ciśnienie stopniowo rośnie, a co za tym idzie bohaterowie zaczynają przekraczać kolejne granice rozsądku i rzeczywistości.DALEJ

Rekiny wojny

„War Dogs” (2016) | reż. Todd Phillips

Psy, hieny, rekiny… A czy to ważne?! Tłumaczowi najpewniej chodziło o nawiązanie do popularnego związku frazeologicznego „rekiny biznesu” i w zderzeniu z fabułą filmu ma to pewien sens. Poza tym tytuł unika pomyłki z innym, skądinąd bardzo dobrym, filmem z lat 80-tych.

Todd Phillips, autor trylogii „Kac Vegas”, „Road Trip” oraz remake’u „Starsky & Hutch”, powraca z historią o wiele bardziej poważną niż w wymienionych powyżej tytułach. Chociaż film utrzymany jest w podobnym, humorystycznym tonie, bliżej mu do „Wilka z Wall Street” niż poprzednich wygłupów Phillipsa. Przy czym do filmu Martina Scorsese brakuje mu wiele.DALEJ

Wstrząśnięty, niezmieszany

Dobrze jest czasem zrobić sobie przerwę; jeszcze lepiej jest wracać po przerwie! Jedną z niewielu fajnych rzeczy w życiu, jest opowiadanie i słuchanie historii. Nie będę przebierał w słowach. Pozostałe elementy naszej egzystencji są, krótko mówiąc, przejebane.

To dzięki najróżniejszym opowieściom życie nabiera kolorów – nie ważne, czy mówimy o odzwierciedleniu codzienności, czy ucieczce od niej!

Kilka dni temu, po kilku ładnych latach, obejrzałem ponownie „Goldfingera”. W otwierającej film scenie James Bond wychodzi z wody z atrapą ptaka na głowie. Potem wysadza w powietrze tajny ośrodek i udaje się na schadzkę. Podczas obściskiwania się z roznegliżowaną pięknością dostrzega napastnika w odbiciu jej oka! Rozprawia się z nim kilkoma celnymi ciosami i pchnięciem do wanny pełnej wody. Zbir próbując odwrócić losy potyczki sięga po broń, ale pozbawiony pistoletu 007 znajduje wyjście z tej sytuacji – wrzuca do wanny farelkę, kwitując to słowem „shocking”!

Kiedyś mnie to zachwycało. Dzisiaj patrzę z przymrużeniem oka i stwierdzam, że zdecydowanie powinienem zdefiniować mój stosunek do agenta Jej Królewskiej Mości jeszcze raz. Bond jest w dużej mierze odbiciem czasów, które już dawno minęły, ale udowodnił mi po raz kolejny bardzo istotną rzecz – dobrze opowiedziana historia nigdy się nie starzeje.

Kino, komiksy, książki mają prawdziwą siłą rażenia, kiedy przekazują konkretną OPOWIEŚĆ. Kiedy są zbiorem luźno połączonych ze sobą kadrów, scen, czy pomysłów, nie wychodzą poza konspekt i pozostają jedynie namiastką tego, czym mogłyby być… Szkoda, że prawdziwego OPOWIADANIA jest w dzisiejszych czasach coraz mniej!

Ostatni wpis w dzienniku

Od momentu, w którym otworzyłem najnowszy rozdział mojego bloga minęły 3 miesiące. Nie pisałem codziennie – celowo robiłem sobie wolne w niedziele, a i przytrafiło mi się kilka dziur, które potem skrzętnie łatałem. Dzisiaj kończę ten eksperyment.

Przez prowadzenie dziennika chciałem wyrobić w sobie nawyk regularnego pisania – i to poniekąd osiągnąłem. Niestety równie szybko, co przyzwyczaiłem się do publikowania postów, przekonałem się, że każdego dnia muszę wykreślić z planu jedną rzecz, którą także chciałem wykonać. W ten sposób stanąłem przed fundamentalnym pytaniem: „co jest dla ciebie ważniejsze”? Gdyby dobra trwała przynajmniej 6 godzin dłużej, albo nie musiałbym spać, nie miałbym z tym problemu. Jak się pewnie domyślasz, jestem całkiem zwyczajny – nie podróżuję w czasie i nie mam super mocy, dlatego obowiązują mnie te same prawa fizyki i biologii, co wszystkich.DALEJ

Kończę ze złym internetem!

Steven Covey, w swojej legenedarnej już książce „7 nawyków skutecznego działania” napisał, że „telewizja może być dobrym sługą, ale z reguły jest złym panem”. Złota myśl, która jeszcze bardziej pasuje do internetu. Ponieważ śmieci z głowy należy wyrzucać równie często, co z kosza pod zlewozmywakiem, stwierdziłem, że przyszedł czas na starcie z bałaganem panującym w „moim” internecie.DALEJ

„Astma”

Kiedy masz atak astmy, brak Ci oddechu. Kiedy brak oddechu, trudno mówić. Twoje zdanie składa się z ilości powietrza, jaką możesz wypuścić z płuc. Nie ma tego dużo, jakieś trzy do sześciu słów. Nabierasz szacunku do słowa. Mijasz sterty słów, które przychodzą ci do głowy. Wybierasz najważniejsze. I one też cię kosztują. Nie tak jak ludzi zdrowych, którzy wypowiadają wszystkie słowa gromadzące im się w głowie jak śmiecie. Kiedy ktoś w czasie ataku mówi: „Kocham cię” czy „Strasznie cię kocham” – jest różnica. Różnica słowa. Słowo to wiele, bo tym słowem może być: „usiąść”, „inhalator” albo nawet „karetka”.

Etgar Keret
„Astma” [w:] „Rury”, Grupa Wydawnicza Foksal, 2016, s. 5

El Clan

(2015) | reż. Pablo Trapero

Po obejrzeniu „El Clan” naszła mnie refleksja, że dobrego kina w dzisiejszych czasach trzeba jednak poszukiwać poza Hollywood. To był seans z przypadku, ale takie są właśnie najlepsze – bez kontekstu, bez wiedzy o twórcach, bez grillowania tematu miesiącami, wchłonąłem całą historię jak gąbka.DALEJ

Fantastyczna Czwórka

„Fantastic Four” (2015) | reż. Josh Trank

Film Josha Tranka, był chyba największą klapą ubiegłorocznego letniego sezonu blockbusterów. 20th Century Fox chiało zrestartować historię o jednej z najbardziej rozpoznawalnych drużyn w świecie komiksu. Okazało się, że po raz kolejny fenomen „Fantastycznej Czwórki” nie odpalił w kinie. Zamiast spektakularnego sukcesu i budowania nowej filmowej serii, była ogólna krytyka i klapa finansowa. Przy 120 milionach budżetu, film ledwo co się zwrócił. Dzisiaj – po roku od premiery – o możliwej kontynuacji już się nie mówi.DALEJ

Jak zostać kotem

„Nine Lives” (2016) | reż. Barry Sonnenfeld

Wybaczam tej pozycji bardzo wiele, ze względu na to, że powstała z myślą o najmłodszych widzach. Gdyby nie to, pojechałbym jak po wielu innych tytułach.

„Jak zostać kotem”, to film w reżyserii Barry’ego Sonnenfelda. 63-letni Amerykanin w swoim dorobku ma m. in. dwie części „Rodziny Adamsów”, trylogię „Facetów w Czerni” oraz „Bardzo Dziki Zachód”. Może właśnie z tego powodu najnowsza produkcja mogła liczyć na angaż takich gwiazd, jak Kevin Spacey i Christopher Walken. To zdecydowanie najmocniejsze strony filmu, które przy okazji morduje polski dubbing. (No, ale cóż poradzić).DALEJ

Drażliwy temat „Historii Roja”

Od kilku już lat staram się nie poruszać tematów, które w jakikolwiek dotykają przekonań politycznych. Kiedyś, to nawet lubiłem. Dzisiaj bliżej mi do totalnej apolityczności. Zaciekawiło mnie jednak ostatnie oświadczenie Ministra Kultury związane z najważniejszą krajową imprezą filmową. Widzę w tym stanowisku dość niebezpieczną postawę, której powinniśmy się wszyscy wystrzegać – niezależnie od poglądów.DALEJ

Ćwierćwiecze internetu

To zdumiewające, że internet „skończył” 25 lat. Dzisiaj, większość z nas ma go w kieszeni. Możemy pobierać i wysyłać dane drogą radiową, satelitarną i naziemną. Już zapomniałem, jak moje życie wyglądało bez internetu; a były takie czasy, gdy nie miało się go wcale, albo tylko w bardzo ograniczonym stopniu. (To magiczne hszzz-pssss-piiiii-tkchhh, po wybraniu numeru 0202122, zapamiętają tylko osoby wychowane w latach 90-tych).

Kto by się spodziewał, że blisko trzy dekady po włączeniu pierwszej strony www, internet oplecie cały świat. Ciekawe, czy spodziewał się tego Tim Berners-Lee, który w 1989 roku w instytucie CERN odpalił pierwszą witrynę www, hostowaną na komputerze NeXT. Wspomniana strona, którą zarządza CERN jest dostępna on-line po dziś dzień. Kiedy na nią patrzę, nie mogę wyjść z podziwu. Internet w ćwierć wieku pokonał drogę, na której przejście branża motoryzacyjna, czy lotnicza, potrzebowała kilku dekad. Aż boję się pomyśleć, jak będzie wyglądała globalna sieć za kolejne 25 lat…

Jakość czy ilość?

„Nie liczy się ilość, tylko jakość”! Powiedzenie, którym jesteśmy faszerowani od dzieciństwa. „Zrób coś raz a dobrze”, mówi otoczenie. Tyle, że tak się nie da. Życie, to nie układ zerojedynkowy. Dlaczego zatem żyjemy w przekonaniu, że musimy wybrać jedną z tych opcji?!

Spróbuj zbudować równy stół, ugotować domową pomidorówkę, albo narysować konia, jeżeli nigdy wcześniej tego nie robiłeś. Jak bardzo się do tego nie przyłożysz, jak dobrych narzędzi i składników nie wykorzystasz, i jak wyśmienitej receptury nie użyjesz, najpewniej za pierwszym razem efekt, który osiągniesz będzie co najwyżej średni.

Zwyczajnie, jakość można osiągnąć tylko i wyłącznie przez ilość. To właśnie doświadczenie, rutyna i pewność w działaniu sprawia, że możemy osiągnąć najlepsze efekty. A jak nabrać doświadczenia i pewności siebie? Najlepiej przez powtarzalność. Oczywiście, ilość może stać się również synonimem fuszery i niedbalstwa, ale w zdrowym układzie efektem ubocznym powinien być coraz wyższy poziom wykonywanej czynności.

Stolarz, kucharz i rysownik rozwijają swoje umięjętności poprzez kolejne zbudowane stoły, ugotowane potrawy i stworzone rysunki. Aby osiągnąć poziom «jakości» musisz najpierw przejść przez «ilość». Jeżeli popatrzysz na otaczający Cię świat, zobaczysz, że reguła ta powtarza się w wielu dziedzinach życia. To dlatego biegacze połykają kolejne kilometry, piloci spędzają długie godziny w symulatorach, a gracze zdobywają kolejne levele…

Sausage Party

(2016) | reż. Conrad Vernon, Greg Tiernan

Jeżeli spojrzysz na telewizyjne animacje dla dorosłych, znajdzie się przynajmniej kilka niezłych i bardzo rozpoznawalnych tytułów: Beavis & Butt-head, The Simpsons, South Park? A w kinie… (Tu następuję długie, nudne, szukające punktu zaczepienia w podświadomości, yyyyy…)! W tej kwestii pozostaje Ci kinowy film animowany pt. „Sausage Party”.

Mój podstawowy problem z tą produkcją to humor. Jasne, spodziewałem się żartów na temat imprezowania, brania narkotyków i wszelkiej maści innych czynności seksualnych. Mimo wszystko poziom tego humoru mnie zawiódł. Wspomniane produkcje telewizyjne stoją na wyższym poziomie. W „Sausage Party” twórcy poszli po najmniejszej lini oporu próbując mnie ująć kopulującymi tortillami, parówkami oraz innymi artykułami spożywczymi przy akompaniamencie niezliczonej ilości «f-words».DALEJ

Epoka lodowcowa: Mocne uderzenie

Ice Age: Collision Course (2016) | reż. Mike Thurmeier

Według mnie 20th Century Fox nie ma pomysłu na kontynuacje „Epoki lodowcowej”. Sztuka dla sztuki. Robią to, żeby robić.

Można byłoby rzec, że sporo tu dobrych elementów. Nienajgorsze tempo opowieści, rozluźniające przerywniki z Wiewiórem, świetny dubbing, genialna animacja. Jednakże przy piątej części ciężko uciec twórcom od utartych schematów i powielania motywów z poprzedni epizodów. Historia co prawda się rozwija, a postacie ewoluują, ale koniec końców jest to tylko odgrzewanie tego samego kotleta.DALEJ