Odkryć się na nowo

Drogi Pamiętniczku,

Głęboką, czar­ną i cichą noc, w któ­rej to zazwy­czaj pisa­łem zamie­niam na rów­nie mrocz­ne bar­ba­rzyń­skie poran­ki. Pomarańczowe świa­tło latar­ni wle­wa się do salo­nu dokład­nie tak samo. Różnica jest jed­nak zasad­ni­cza, bo zamiast koń­czyć dzień pokło­nem nad ekra­nem kom­pu­te­ra, ja go dopie­ro co zaczy­nam. Przy kub­ku cie­płej kawy. Naładowany.

Nie mam pomy­słu na dzi­siej­szy wpis, chcia­łem jed­nak spę­dzić tro­chę cza­su żeby się wytłu­ma­czyć, głów­nie same­mu sobie – to przy­no­si wiel­ką ulgę. Szczególnie, kie­dy podej­mu­ję tema­ty, któ­re aktu­al­nie mi nie leżą. Pomyślałem, że napi­szę, co mi w gło­wię sie­dzi…

Patrząc na listę moich wpi­sów, stwier­dzam, że od dłuż­sze­go cza­su pano­wał tu temat kina z drob­nym dodat­kiem moich żało­snych codzien­nych prze­my­śleń.

Przez lata, myśla­łem, że prę­dzej, czy póź­niej mój blog sta­nie się spo­so­bem na życie. Dzisiaj nie trak­tu­ję tego jak blo­ga. Dzisiaj każ­dy ma blo­ga. Brzydzi mnie ta nazwa. To takie pas­sé. Ja mam swój dzien­nik! A przy­po­mi­nam sobie, że w cza­sach kie­dy publi­ko­wa­łem swo­je pierw­sze wpi­sy w inter­ne­cie, odgra­ża­łem się wśród zna­jo­mych: „– Jeszcze o mnie usły­szy­cie”! Blogger, to brzmia­ło dum­nie. Od tam­tych chwil upły­nę­ło morze cza­su, oce­an wódy i wie­le blo­gów prze­sta­ło ist­nieć. Dużo się zmie­ni­ło. Na świe­cie, w inter­ne­cie i w naszych życiach też. Wiesz co? Nikt o mnie nie usły­szał. Świat mnie nie potrze­bo­wał. Tak samo jak nie potrze­bu­je Ciebie!

Czas poświę­co­ny czy­ta­niu, słu­cha­niu, pod­glą­da­niu innych ludzi powi­nien być inwe­sty­cją. Może to być pomoc w roz­wią­za­niu pro­ble­mu, albo inspi­ra­cja do dzia­ła­nia, tudzież dostar­cze­nie solid­nej por­cji roz­ryw­ki. Szkoda, że w dzi­siej­szym świe­cie loku­je­my nasz naj­cen­niej­szy kapi­tał – czas i uwa­gę – w rela­cje jed­no­kie­run­ko­we, czy­taj: jeden do wie­lu.

Staram się takie rela­cje wyci­nać ze swo­je­go życia albo przy­naj­mniej stop­nio­wo redu­ko­wać do mini­mum, zwłasz­cza jeże­li nie owo­cu­ją kon­kret­nym efek­tem lub pozy­tyw­ną emo­cją. Spędzanie cza­su zarów­no na two­rze­niu jak i odbio­rze tre­ści wyda­je mi ostat­ni­mi cza­sy nie­tra­fio­ną loka­tą. Z tym­że, to nie jest tak, że nagle stwier­dzam, iż naj­lep­szym spo­so­bem na życie jest zamknię­cie się w pustym poko­ju, medy­ta­cja, patrze­nie w ścia­nę i peł­na asce­za. Zawsze znaj­dzie się w życiu oso­ba, książ­ka, film, któ­ra w taki czy inny spo­sób wywrze na nas pozy­tyw­ny wpływ. Czasem wystar­czy obej­rzeć się w stro­nę, w któ­rą daw­no nie patrzy­łeś.

Po mie­sią­cach spę­dzo­nych na kon­sump­cji popkul­tu­ry, a potem prze­twa­rza­niu tego głów­nie dla wła­snej potrze­by i satys­fak­cji, stwier­dzam, że czas poszu­kać nowych kie­run­ków w życiu. Pisałem swe­go cza­su, że przy­da­ła­by mi się pozy­tyw­na rewo­lu­cja, któ­ra zastą­pi­ła­by meto­dę małych kro­ków, któ­rą sto­su­ję od kil­ku już lat.

Nagle stwier­dzi­łem, że moje mło­dzień­cze marze­nia są nadal żywe. Być może pomi­mo upły­wu lat mógł­bym je zre­ali­zo­wać. Zanim w ogó­le będę mógł się za to zabrać, muszę stwo­rzyć ku temu prze­strzeń – w myślach, w szaf­kach, w życiu. Idee życio­we­go mini­ma­li­zmu, pozby­wa­nie się nie­po­trzeb­nych rze­czy, sta­ły się bliż­sze memu ser­cu niż kie­dy­kol­wiek. Nie da się tego osią­gnąć sie­dząc na kana­pie.

I zasta­na­wiam się, kie­dy ten plan się zała­mie, kie­dy coś prze­ga­pię, albo nie dopil­nu­ję jakoś „uber­waż­ne­go” ele­men­tu całe­go sce­na­riu­sza. Czy w ogó­le ma to jakiś sens, i jeże­li tak, gdzie mnie to zapro­wa­dzi? Z każ­dą minu­tą poja­wia­ją się nowe pyta­nia na któ­re muszę poszu­kać odpo­wie­dzi…

Czy okieł­znam bała­gan w gło­wie, czy dobrze robię, czy może jed­nak powi­nie­nem dać dotych­cza­so­wym nawy­kom jesz­cze tro­chę spo­ko­ju, czy ktoś to prze­czy­ta, czy ktoś się nad tym zasta­no­wi, czy świat się w mię­dzy­cza­sie dla mnie nie skoń­czy?

Może i wyła­nia się z tego wszyst­kie­go obraz cha­osu i nie­zde­cy­do­wa­nia, ale poszu­ki­wa­nie sie­bie w codzien­no­ści może być nie­zwy­kłym doświad­cze­niem. Nigdy nie spo­dzie­wał­bym się, że uwol­nie­nie się od pasji, da jed­no­cze­śnie jakiś rodzaj ulgi. I nie zro­zum mnie na opak, ja mógł­bym spę­dzać osiem godzin dzien­nie w kino­wej sali, albo przed domo­wym ekra­nem, a potem kolej­ne osiem godzin pisać, nagry­wać vlo­gi i dys­ku­to­wać na temat obej­rza­nych fil­mów. Ciekawe jest jed­nak to, że wca­le tego nie potrze­bu­je – przy­naj­mniej teraz, kie­dy czu­ję że przy­szedł czas na zaję­cie się czymś innym. Gdy obu­dzi­ła się we mnie koniecz­ność ponow­ne­go odkry­cia sie­bie!

Bo tak samo jak świat nie potrze­bu­je mnie, tak samo i ja nie potrze­bu­ję całe­go świa­ta. Wystarczy mi malut­ki jego wyci­nek. Jestem w takim sta­nie, że mam ocho­tę pozbyć się wszyst­kie­go, i spraw­dzić na nowo, co mnie tak napraw­dę naj­bar­dziej w życiu inte­re­su­je.

Niektórzy lubią swo­ją stre­fę kom­for­tu – miej­sce zamiesz­ka­nia, gro­no zna­jo­mych, zain­te­re­so­wa­nia i cyklicz­ne wyda­rze­nia. Tymczasem ja co chwi­lę myślę, jak­by się z tej stre­fy wyrwać. Nie jest to pro­ste, nie jest to rów­nież przy­jem­ne, ale daje moż­li­wość spoj­rze­nia na sie­bie z innej per­spek­ty­wy.

Jeżeli zaś o pro­sto­cie mowa – para­doks mini­ma­li­zmu pole­ga na tym, że dąży się do pro­ste­go życia, ale do osią­gnię­cia ów celu wie­dzie dosyć krę­ta dro­ga!!!

Do napi­sa­nia,
Maciej