Cześć, mam na imię Maciek!

To nie awaria! Ta strona tak wygląda... 😛

Gdzie byłem, jak mnie nie było

Trzy mie­sią­ce prze­rwy. Tyle to trwa­ło. Dziennikowy detox. Ile się przez ten czas wyda­rzy­ło? Niewiele! (A może wręcz prze­ciw­nie)?!

Nie wiem od cze­go zacząć?! Może od tego, że to było wyjąt­ko­wo przy­jem­ne i cie­płe lato. Szkoda, że ode­szło. Poranki tak nagle zro­bi­ły się zim­ne i ciem­ne. Nie zdą­ży­łem się do tego przy­go­to­wać. Zapisać jed­nak muszę, że daw­no nie czu­łem się tak dobrze… Było sło­necz­nie, było gorą­co, było smacz­nie. Fajnie było korzy­stać z dobrej ener­gii Słońca. Teraz przy­cho­dzi czas na mrok i brak zado­wo­le­nia z sie­bie. Czas dłu­gich wie­czo­rów, nacią­ga­nia kap­tu­ra na uszy, cie­płe­go kakao na mle­ku ryżo­wym i nie­speł­nio­nych nadziei. Nauczyłem się, że pozy­tyw­ne nasta­wie­nie, to coś co mogę ćwi­czyć, i co doda­je mi sił, ale przed tym cichym ponu­rym eta­pem w roku nie mam zamia­ru ucie­kać. Chce się z nim pogo­dzić.

Nadal wąt­pię w ideę dzien­ni­ka. Spalam, nie­po­trzeb­nie, dużo ener­gii na roz­myśl­nie, co począć… Czy jest w tym jakiś więk­szy sens? Czy to inwe­sty­cja, czy może roz­mie­nia­nie poten­cja­łu i wol­ne­go cza­su na drob­ne. Wiem, że jeże­li wra­cać, to w zupeł­nie innym sty­lu. W potrze­bie… W gło­dzie pisa­nia!

Przeczytałem ostat­nio dzien­ni­ki Jerzego Pilcha. Wciągająca lek­tu­ra. Głównie dla­te­go, że Jerzy Pilch ma wszyst­ko, cze­go pisarz potrze­bu­je – boga­tą wie­dzę, praw­dzi­wy talent i potęż­ny warsz­tat. No i ten mistycz­ny głód pisa­nia! Nawet pisząc o total­nych bzdu­rach robi to genial­nie. Co praw­da „Drugi dzien­nik” jest na tyle posęp­ny, że potra­fi kon­kret­nie zepsuć humor, ale umy­sło­wa żwa­wość Pilcha i tak nie prze­sta­je mnie przy­tła­czać pod każ­dym wzglę­dem!

Po tej lek­tu­rze dosze­dłem do wnio­sku, że łak­nę dobrej tre­ści. Widzę u gawie­dzi odwrót od pisa­nia, co nie prze­szka­dza temu, że w Internecie nadal wię­cej jest nadaw­ców, niż odbior­ców. Wiąże się to bez­po­śred­nio z cią­głym spad­kiem jako­ści. (Nawet wśród „zawo­dow­ców”). Nie jestem mistrzem orto­gra­fii, a prze­cin­ki sta­wiam gdzie popad­nie, dla­te­go nie powi­nie­nem kry­ty­ko­wać innych, ale jak tu nie szy­dzić, kie­dy zale­wa­ją mnie żenu­ją­ce wia­do­mo­ści pre­zen­tu­ją­ce wąt­pli­wy poziom. Albo skład­nia dla debi­li, albo pię­trzą­ce się rusz­to­wa­nia słow­ne, któ­rych nie rozu­miem. Naprawdę mam tego dość!

Mam taką zasa­dę, że nie hodu­ję w sobie złych emo­cji i się tego trzy­mam. Czasem jed­nak nie potra­fię uciec od wła­snej hipo­kry­zji. Niepotrzebnie znów zaczą­łem zaglą­dać tam gdzie nie powi­nie­nem.

I zasta­na­wiam się, co dalej?! Co począć, co zmie­nić, któ­rą dro­gę wybrać? Zastanawiam się gdzie byłem? (Mentalnie, chy­ba gdzieś bar­dzo dale­ko). Chciałbym w życiu zro­bić jesz­cze coś faj­ne­go, na zado­wa­la­ją­cym pozio­mie, coś, cze­go nie będę się wsty­dzić. Wystarczyłby mi uła­mek z Pilcha…

Myślę, że i do regu­lar­ne­go pro­wa­dze­nia dzien­ni­ka prę­dzej, czy póź­niej powró­cę. Jak nie piszę, czu­ję jak­bym się cofał w roz­wo­ju, o czym nie­raz już wspo­mi­na­łem. Będzie co ma być. Póki co pokrę­cę się jesz­cze w kół­ko w poszu­ki­wa­niu inspi­ra­cji, siły oraz wła­ści­we­go kie­run­ku…

Jestem tu gdzie byłem.

Do napi­sa­nia,
- Maciej