Tully” (2018, Jason Reitman)

Ostatnimi cza­sy lubię mówić, że film jest prze­my­śla­ny. (Bądź nie, ale nie w tym przy­pad­ku). Przemyślana pro­duk­cja jest toż­sa­ma z zaj­mu­ją­cą histo­rią, a to w więk­szo­ści przy­pad­ków wystar­czy, by świet­nie się bawić w kinie.

Ten kome­dio­dra­mat o bla­skach i cie­niach macie­rzyń­stwa jest głów­nie polem do popi­su dla Charlize Theron, któ­ra po raz kolej­ny poka­zu­je śwój nie­by­wa­ły talent do trans­for­ma­cji – zarów­no fizycz­nej, jak i men­tal­nej. Tak napraw­dę wszyst­kie pozo­sta­łe posta­cie to tło. Bynajmniej nie jest to żad­ną ujmą dla fil­mu – tu opo­wieść krę­ci się abso­lut­nie wokół głów­nej boha­ter­ki i to ona od począt­ku do koń­ca ma pozo­stać w cen­trum naszej uwa­gi!

Film pod koniec zaska­ku­je zwro­tem akcji i cho­ciaż nie jest to nic nowe­go, to dla widza pozo­sta­je w dużej mie­rze nie­prze­wi­dy­wal­ny – może popsuć wra­że­nia, ale jak dla mnie ide­al­nie wpi­su­je się w prze­kaz całej histo­rii.

Fakt nie jest to kino odkryw­cze, nie raczy też wizu­al­ny­mi dozna­nia­mi, a do tego tem­po jest raczej śred­nie.

Jest to jed­nak kino szcze­re, emo­cjo­nal­ne i auten­tycz­ne, i wła­śnie takie chcę ostat­nio oglą­dać…